Wraki Nowej Gwinei

 

Magazyn Extremium 2003:

W drodze do największego podwodnego parku Indonezji o nazwie Auri zahaczamy o niewielkie portowe miasteczko Manokwari. Położone ono jest na północnym wybrzeżu indonezyjskiej prowincji Irian Jaya (Papua). Jak udało nam się ustalić w czasie naszej prawie półrocznej wyprawy  po Indonezji, wody Zatoki Dore, nad którą leży Manokwari, kryją sporo japońskich  wraków z czasów II wojny światowej: statki patrolujące i ogromne transportowce wypełnione sprzętem wojskowym.

Miejsce okazuje się prawie że dziewicze: w promieniu 800km niema żadnej bazy nurkowej!

Ruszamy w miasto na zwiady. Całe szczęście że zabraliśmy ze sobą parę gazet nurkowych ze zdjęciami wraków. Przydaje się również słowniczek i zwroty indonezyjskie których już się nauczyliśmy – niewiele osób zna tutaj angielski...

W końcu natrafiamy na właściwego człowieka! Jest nim sympatyczny miejscowy rybak o imieniu Martinus. Łamaną angielszczyzną opowiada nam o wrakach leżących niedaleko miasteczka. Jest ich kilkanaście! Umawiamy się że zabierze nas na nie w ciągu najbliższych kilku dni. Ciągniemy go za język żeby powiedział nam o nich cos więcej.

Okazuje się że na 100% wie gdzie leżą 3 sztuki: jeden duży transportowiec i dwa mniejsze kutry patrolowe. O dziwo wymienia także nazwę transportowca: Shinwa Maru ...

 

Następnego ranka rześko zrywamy się z łóżek. Szybkie śniadanko w hotelu i ruszamy taksówką do portu. Taksówkarz jest mocno zdziwiony widokiem taszczonego przez nas sprzętu, ale jak przystało na miejscowego człowieka, z ochotą pomaga przenieść nasz bagaż na łódź. Z daleka widzimy na kei naszego znajomego rybaka który macha nam przyjaźnie ręka na powitanie. Łódź którą będziemy pływać przypomina swoim kształtem olbrzymi kajak z doczepionym po boku pływakiem stabilizującym. Rzucamy cumę i płyniemy na drugą stronę zatoki. Gdzieś tam, w głębinach leży od ponad pięćdziesięciu lat statek –a właściwie to co z niego zostało...Podwodny nagrobek i symbol ludzkiej tragedii która niewątpliwie na nim się rozegrała... Japoński okręt transportowy z okresu drugiej wojny światowej: Shinwa Maru. (Statek został zbombardowany przez stacjonujące w Australii bombowce dalekiego zasięgu.)

Zwalniamy – to niechybnie znak że docieramy na miejsce. Nasz przewodnik zakłada swoje okulary do nurkowania z drewnianymi(!) oprawkami i wskakuje do wody. Pływa tak przez chwilę po czym wraca na łódź. Niestety to nie tutaj... Sytuacja powtarza się parę razy. Zaczynamy czuć lekki niepokój: facet jest sympatyczny, ale czy nie ma on zbyt wybujałej fantazji? – zaczynają nachodzić nas wątpliwości...  Jeeest! Zza burty słychać radosny głos Martinusa. Rzeczywiście, nawet z powierzchni widzimy jakąś ciemniejszą  smugę na dnie. Zakładamy sprzęt. Ostatnia kontrola czy wszystko jest ok. i hoop! – wskakujemy do wody. Ogarnia nas przyjemny chłodek. Woda jest bardzo ciepła, ale w porównaniu z równikową temperaturą powietrza wydaje się doskonałym termicznym azylem dla spalonego słońcem ciała. Wypuszczamy powietrze z naszych kamizelek nurkowych i schodzimy pod  magiczną barierę lustra wody. Cichną zwyczajne odgłosy, pozostaje lekkie syczenie naszych automatów oddechowych i gulgot wydychanych bąbelków powietrza. Zewsząd ogarnia nas błękitna toń o niespotykanej przejrzystości. Mimo że wisimy trzydzieści metrów nad dnem bez trudu rozróżniamy zalegające na nim szczegóły. Na granicy widoczności widzimy cielsko naszego kolosa. Serca od razu bija nam szybciej. Płyniemy w jego kierunku pod samą powierzchnią wody aby zaoszczędzić powietrza w butlach. Bez trudu ogarniamy wzrokiem cały studwudziestometrowy wrak leżący na lewej burcie. Obok statku unosi się stado olbrzymich Jackfishy. Kiedy rozpoczynamy zanurzenie, podpływają zaciekawione w naszym kierunku. Ryby pływają za nami prze cały czas opuszczając nas tylko wtedy kiedy penetrujemy wnętrze wraku.

W prawej burcie  znajdują się dwie olbrzymie dziury- miejsca uderzeń bomb lotniczych. Sądząc po ich rozmiarach, musiało to być nieliche uderzenie i eksplozja! Fragmenty poszycia prawie dwucentymetrowej grubości powywijały się na krawędziach otworów niczym blaszki w rozerwanej puszce... Przepływamy nad relingami i kierujemy się w stronę mostka. Stan w jakim zachowany jest wrak jest zachwycający! Koło sterowe, telegraf, pomieszczenia nawigacyjne i radiooperatora, radiostacja – wszystko kompletne i na swoim miejscu! Gdyby nie porastające tu i ówdzie korale można by mieć wrażenie że zaraz zjawi się kapitan i jego świta... Jeszcze większe zaskoczenie czeka nas na zewnątrz! Obok nadbudówek, na pokładzie leżą klasyczne hełmy nurkowe! Wrak wygląda na nietknięty. Bardzo prawdopodobne że nurkujemy tutaj jako pierwsi nurkowie.

Czas pod wodą szybko mija. Powoli kończy nam się zapas powietrza w butlach a nasze komputery też pokazują że pora najwyższa udać się w stronę powierzchni aby nie wpaść w dekompresję. Wolno rozpoczynamy wynurzenie obserwując cały czas spoczywający pod nami wrak. Wynurzamy się wzdłuż sterczącego w błękicie masztu.

Na łódce gadamy jak najęci. Oczy świecą się nam z wrażenia jak węgielki. Nasz przewodnik patrzy na nas z zainteresowaniem i uśmiecha się z zadowolenia. W końcu to za jego sprawą mogliśmy tutaj zanurkować. Po godzinnej przerwie zmieniamy butle na pełne i wracamy na naszego „staruszka”. Chcemy tym razem przyjrzeć się dokładniej ładowniom i maszynowni. Wpływamy przez luk. Wnętrze wypełniają ogromne kołowroty z kablami, sterty masek przeciwgazowych, dziwne okrągłe przedmioty przypominające bomby. W głębi napotykamy pojazd gąsienicowy. Zaczynamy się zastanawia jakiego typu był to okręt? Jakie było przeznaczenie jego ładunku?

Szybując niby duchy przemieszczamy się nad kolejnymi poziomami. Spore wrażenie robią na nas trapy i schody: przemieszczamy się tuż nad nimi cicho, bez żadnego muśnięcia – to takie nierealne uczucie...

Zaglądamy do maszynowni. Plątanina rur, kabli, podestów... Wszystko zgrupowane wkoło potężnej jednostki napędowej. Szkoda że tak trudno oddać jest na fotografiach  odmienność świata w którym się właśnie znajdujemy. Przypomina to sen na jawie. Wypływamy na zewnątrz wraku. Jeszcze kilka pamiątkowych fotek i powoli żegnamy nasz wrak i jego świtę: Jackfishe odprowadzają nas prawie pod samą powierzchnię wody...

 

Następnego dnia robimy sobie małą przerwę. Jesteśmy tutaj na rekonesansie – trzeba więc poznać trochę miasteczko i ludzi. Wszędzie witają nas uśmiechnięte twarze. Ludzie pytają skąd jesteśmy, jak mamy na imię, co tutaj robimy... W zamian opowiadają o sobie i miasteczku: zostało ono założone przez pierwszych holenderskich kolonizatorów którzy przybyli na te ziemie. Nazwa w tutejszym języku oznacza tyle co „stara wieś”. Rzadko docierają tutaj turyści –stanowimy więc swego rodzaju atrakcję J

 

Wracamy do nurkowania. Rankiem wyruszamy na następny wrak położony u brzegu maleńkiej wysepki Mansinam, naprzeciwko miasteczka. Wyspę widać z daleka dzięki olbrzymiemu białemu krzyżowi, postawionemu przez pierwszych misjonarzy. Wrak potocznie nazywany od krzyża na wysepce Cross to niewielki japoński kuter patrolowy. Leży on na głębokości ok. 20 m, równolegle do brzegu. Rozerwany wybuchem dziób wygląda jak paszcza wieloryba filtrująca wodę. Na pokładzie walają się porozbijane fragmenty porcelany i butelki. Na burcie zwraca naszą uwagę piękna mosiężna lampa sygnalizacyjna częściowo już obrośnięta koralem. Wpływamy do nadbudówki. Podobnie jak na wcześniejszym wraku wszystko –za wyjątkiem powybijanych szyb znajduje się na swoim miejscu. Jesteśmy naprawdę pod wrażeniem. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji oglądać wraków w tak doskonałym stanie. Dopiero tutaj można docenić piękno i urok nurkowania wrakowego. Dopiero tutaj możemy powiedzieć że zwiedzamy „zabytki nurkowe” a nie ich żałosne resztki...

W czasie drugiego nurkowania penetrujemy gruntownie maszynownię. Nie jest to wielka jednostka a w dodatku leży dość płytko. Czasu na dokładne przyjrzenie się wrakowi mamy więc sporo. Wracając w stronę łodzi wpływamy wprost na  woobegon sharka! Tylko przypadek sprawił że zauważyliśmy tego mistrza podwodnego kamuflażu. To jeden z rzadziej występujących gatunków rekina. Szczęście najwyraźniej nas nie opuszcza J

 

Ostatni wrak który udaje się nam spenetrować nazywa się Pasir Putih (Biały Piasek). Podobnie jak Cross, on też zawdzięcza nazwę miejscu swojego spoczynku. Leży bowiem na piaszczystym zboczu, na głębokości ok. 25 m, niedaleko brzegu. Wyglądem jest także zbliżony do Crossa - i co dziwne- trafiony został również dziób. Kawałki poszycia leżą rozrzucone na dnie, wkoło wraku. Wszędzie pełno amunicji, talerzy i butelek. Ładnie prezentuje się  śruba, ster oraz obrośnięta gąbką i koralami niewielka kotwica.

 

Nowa Gwinea, rajskie ptaki, przygody Tomka z książki Alfreda Szklarskiego...Przeczytana w dzieciństwie lektura wraca jak bumerang. Postanawiamy odpocząć kilka dni od nurkowania i przed opuszczeniem Papui udać się na wyprawę na obrzeża cywilizacji. Poprzez stolicę Jayapurę, udajemy się do Wameny – miasteczka położonego w górach, wśród nieprzebytej dżungli. Lecimy tam małym samolocikiem lokalnych linii. Widok zbitego masywu zieleni z wijącą się jak wąż  brązową rzeką i góry – to niezapomniane widoki które podziwiamy przez okna. Na miejscu lokujemy się w  małym hoteliku, skąd przez kilka najbliższych dni uskuteczniamy coraz śmielej wędrówki w coraz to dziksze okolice.. Już pierwsza wizyta w osadzie plemienia Dani, cofa nas w czasie o kilka tysięcy lat. Kuse stroje mieszkańców, język, domostwa i kamienne narzędzia do uprawy roli – patrzymy z  niedowierzaniem: jak to możliwe że są jeszcze takie miejsca na ziemi? Mimo kompletnego braku znajomości języka udaje nam się porozumieć z wodzem wioski. Zostajemy zaproszeni na święto z powodu naszej wizyty. Zafascynowani  obserwujemy życie w wiosce i przygotowania do imprezy: pieczenie świniaka i patatów. Wojownicy z wioski tańczą taniec wojenny. Mamy okazję również obejrzeć starą mumię wojownika...

 

Z żalem opuszczamy Gwineę z jej niepowtarzalnymi atrakcjami. Pocieszamy się jednak że nie na długo. Już snujemy plany o następnej wyprawie...

 

 

Od autora: reportaż powstał w oparciu o wspomnienia Ewy Jankowskiej i Artura Porzyckiego z ich ubiegłorocznej wyprawy.

 

 

 

 

Wraki Nowej Gwinei

 

Magazyn Nurkowanie 2003:

 

Tnący powietrze B29 raz po raz podskakuje od wybuchających wkoło pocisków przeciwlotniczych. W celowniku z każdą sekundą rośnie obraz broniącego się rozpaczliwie statku. ”Teraz trochę w prawo... Stop! – tak trzymaj!” – bombardier zdecydowanym głosem nakierowuje pilota na cel. Drzwi przedziału bombowego otwarte, jeszcze moment i dwa stalowe cygara odrywają się od pędzącej maszyny. Uwolniony od półtoratonowego ładunku samolot gwałtownie wyrywa w górę, przelatując kilkanaście metrów nad masztami statku. „Obie w celu!” – w interkomie rozlega się pełen podekscytowania głos tylnego strzelca. Pilot kładzie maszynę w głęboki zakręt. „Dobra chłopaki! Robimy pamiątkową fotkę i spadamy do domu!” – dowódca kończy kolejną akcję...

            Celnie trafiony statek mimo sporych gabarytów szybko pogrąża się w morskiej toni. Wybuchająca amunicja i pożar dziesiątkują przerażoną załogę japońskiego okrętu. Ci, którzy przeżyją, będą musieli stawić czoła jeszcze jednemu wrogowi – na powierzchni wody właśnie pojawiają się charakterystyczne trójkątne płetwy...

 

* * *

 

Siedzimy w łodzi przypominającej olbrzymi kajak z doczepionymi po bokach bambusowymi pływakami. Prowadzi ją miejscowy rybak: zwinny i sympatyczny czterdziestolatek o imieniu Martinus. Czujemy się jak prawdziwi odkrywcy: przeprowadzony przez nas w miasteczku Manokwari wywiad uzmysłowił nam, że jesteśmy jednymi z pierwszych nurków, jacy dotarli w te okolice! Po całym dniu poszukiwań natrafiliśmy wreszcie na człowieka, który na widok zdjęć wraków w kolorowym magazynie nurkowym, potwierdzająco kiwnął głową. Przydała się również znajomość podstawowych zwrotów w języku indonezyjskim i mały słowniczek – prawie nikt nie zna tutaj angielskiego.

            Teraz płyniemy na drugą stronę zatoki. Z opowiadań przewodnika wynika, iż leży tam olbrzymi japoński transportowiec, zatopiony w czasie drugiej wojny światowej przez stacjonujące w Australii bombowce dalekiego zasięgu B29.

 

(...)

 

Wpływamy do ładowni. Pełno w nich olbrzymich kołowrotów z kablami, rury, masek gazowych; jest nawet pojazd gąsienicowy i spory ładunek dziwnych okrągłych przedmiotów, z wyglądu przypominających... bomby. Naszą eskapadę przerywa kończące się w butlach powietrze. Pora wracać na powierzchnię. Już w trakcie wynurzenia przychodzi nam do głowy myśl, że koniecznie musimy to powtórzyć: trzeba dokładniej spenetrować ten wrak.

 

(...)

 

Mansinam, naprzeciwko miasteczka. Na wyspie znajduje się olbrzymi biały krzyż, postawiony przez pierwszych chrześcijańskich misjonarzy. To właśnie jemu zawdzięcza potoczną nazwę spoczywający niedaleko wrak. Japoński okręt patrolowy tkwi na głębokości ok. 20 m, równolegle do brzegu. Stalowy kolos zatonął trafiony bombą w część dziobową. Wrak jest rzeczywiście nietknięty: na pokładzie widać leżącą amunicję, a ładownie zarzucone są potłuczoną porcelaną i butelkami po sake. Na burcie spoczywa piękna mosiężna lampa sygnalizacyjna.

 

 

Zobacz galerię zdjęć Artura i Ewy z ich wyprawy

 

zobacz>>