| strona 1 z 5 |
| |
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
|
Artykuły o tej wyprawie:
(...) Kolejny dzień wyprawy i kolejna dawka emocji: ruszyliśmy dwoma potężnymi i szybkimi jak wiatr zodiakami na znajdującą się na otwartym morzu rafę Elphinstone. Szaleńcza jazda skaczącym po falach zodiakiem już na wstępie zapewniła nam niepowtarzalne wrażenia J
Sama rafa ma kształt cygara, ciągnącego się na osi północ-południe. Pod wodą, niesieni prądem morskim, dryfowaliśmy wzdłuż pionowych ścian rafy, niknących gdzieś w granatowej toni, setki metrów pod nami. Tym razem nasze profile nurkowe były dosyć głębokie – maksymalna osiągnięta głębokość nurkowania wynosiła czterdzieści metrów.
Cały czas mieliśmy nadzieję na spotkanie z „szarymi wrzecionami”, zwieńczonymi charakterystyczną trójkątną płetwą. Rekiny są widywane w tej okolicy bardzo często. W styczniu właśnie tutaj widzieliśmy wielkiego rekina oceanicznego w towarzystwie ryb-pilotów. (...) Było to jedno z najpiękniejszych miejsc nurkowych, jakie dane było mi do tej pory odwiedzić, a przy okazji – prawdziwy raj dla fotografów. Na pewno będę chciał tam powrócić – i to nie raz. Myślę, że przy następnej okazji wypłycę mój profil nurkowy, aby móc do woli cieszyć się obserwowaniem życia w tym podmorskim zakątku.(...) Cały artykuł dostępny w drukowanej wersji mag. Nurkowanie.
nr 12/2007 Nurkowanie. Marsa Alam.
(...) Następnego dnia czekały nas prawdziwe emocje, czyli nurkowanie na Abu Dabbab – podwodnej łące, gdzie żyje spokrewniony z manatami „ciastuś” dugong. Mieszkają tam także żółwie zielone oraz przedziwne guitar sharki, tj. „coś” pomiędzy rekinem a płaszczką. Miałem spore obawy, czy uda nam się spotkać żerującego „ciastusia”. Nie jest on wprawdzie tak malutki, żeby przycupnąć w kąciku niezauważony – liczy ponad trzy i pół metra długości, ale i zatoczka nie należy do najmniejszych, więc jednak można się minąć... Jakaż była moja radość, kiedy kilka minut po zanurzeniu zobaczyłem w toni przed sobą charakterystyczną obłą sylwetkę tego podwodnego odkurzacza! Dugong w ogóle nie zwracał na nas uwagi. „Ciamkając” morską trawę, mrużył z zadowolenia misiowate oczka. Spod jego pyska unosiły się całe tumany piasku i mułu. Poderwane wraz z piaskiem przydenne żyjątka były natychmiast skrzętnie wyłapywane przez patrolujące teren złotożółte ryby piloty. Zachowując dystans, staraliśmy się, o ile to możliwe, nie przeszkadzać „ciastusiowi”. Spędziliśmy razem z nim prawie całą godzinę, w ciągu której pokazał nam swoje ulubione żerowiska J. Od czasu do czasu, w pobliżu pojawiały się również zajęte ucztowaniem żółwie zielone. Na deser przegryzały potrawkę z meduz, których kolonie gromadziły się w piaskowych zagłębieniach. Trzeba przyznać, że były to największe żółwie, jakie widziałem w Morzu Czerwonym. No i miały swoich towarzyszy, czy raczej pasażerów na gapę – spasione wielgachne podnawki, przyssane do ich pancerzy.
Nie muszę chyba pisać jak wielka radość zapanowała tego dnia w ekipie J. Wieczorem, oglądając zdjęcia w hotelu, raz jeszcze przeżywaliśmy te niesamowite spotkania. (...) Cały artykuł dostępny w drukowanej wersji mag. Globtroter.