Nurkowanie w Morzu Czerwonym
Tylko cztery godziny lotu z Warszawy dzieli nas od prawdziwego raju dla płetwonurków, jakim bez wątpienia jest Morze Czerwone. Już sam Jacques Costeau tak właśnie nazwał ten akwen, odkrywając jego podwodne skarby i osobliwości.
Kilka lat temu ja również zaraziłem się jego urokiem. Od tego czasu Egipt – kraj faraonów, piramid i raf koralowych – stał się moim prawdziwym azylem, rajem i źródłem niepospolitych wrażeń. Wracam tam tak często, jak tylko jest to możliwe.
Podczas moich pierwszych wyjazdów oczy robiły mi się okrągłe ze zdziwienia, kiedy obserwowałem mieszkańców kraju nad Nilem oraz kontrasty, panujące w ich życiu dosłownie na każdym kroku: przepych i bieda, monotonia i rozmaitość, porządek i nieład... Nie mogłem się nadziwić nieśpiesznej codzienności tych ludzi oraz charakterystycznej swarliwej wesołości przy robieniu interesów. Przyznam szczerze: w pierwszym odruchu, dla nas, Europejczyków, szok kulturowy jest tak wielki, że niemal automatycznie odrzucamy specyfikę Egiptu – jako tę gorszą, mniej „cywilizowaną”. Warto jednak nie poddawać się emocjom i zbliżyć do tej odmiennej rzeczywistości: rozmawiać z ludźmi, obserwować ich niełatwe życie codzienne, poznawać kulturę i zwyczaje. Z czasem zacząłem nabierać dla nich coraz większego szacunku. Zacząłem także dostrzegać wartości, które dla Egipcjan są najważniejsze, a także pewne prawidłowości rządzące ich światem. Oczywiście na początku taka obserwacja nie jest sprawą prostą. Aby choć trochę liznąć egzotyki, trzeba, ku przerażeniu niektórych „współspaczy”, wyściubić nos z otoczonego murem pięciogwiazdkowego hotelu-enklawy. Im dalej od takich miejsc, tym piękniejsze i większe wrażenia nas czekają: przejazd na pace pick-upa, spacery po pustyni, miejscowe restauracyjki z oryginalnymi smakołykami, noce spędzone przy ognisku beduinów w oazie, w górach Synaju...
Moi znajomi byli wstrząśnięci i przerażeni: przecież to Egipt, kraj arabów, terrorystów, brudu i zarazków! Kiedy opowiadałem im o swoich przeżyciach, o tym jak bardzo różnią się ich wyobrażenia od stanu faktycznego, kręcili z niedowierzaniem głowami. Czasami ciężko jest uwierzyć, że całkiem niedaleko istnieje świat, gdzie czas niemal stoi w miejscu, zachowując urok minionych wieków. Świat piękny, prawdziwy i... bezpieczny.
Moja nurkowa przygoda zaczyna się w Hurghadzie – turystycznym molochu i kombinacie nurkowym. Rozgardiasz i harmider panujący w tym porcie przyprawiają o zawrót głowy: kilkaset łodzi, na które wsiada od kilkunastu do kilkadziesięciu osób, dowóz sprzętu nurkowego i prowiantu, hałas, dobijanie targu z szyprami, wybuchy kłótni przy manewrowaniu łodziami, sprzeczki przemieszane ze śmiechem oraz rozmowy we wszelkich możliwych językach, jakimi porozumiewają się turyści.... coś niesamowitego!
W końcu lądujemy na naszej łódce. Po krótkiej wzajemnej prezentacji nas, załogi i naszych podwodnych przewodników wyruszamy w morze. Otaczającą pustkę, wypełnioną błękitem morza i nieba, urozmaicała jedynie olbrzymia „żółta kula”, cierpliwie śląca w naszym kierunku swoje gorące promienie. Przed nami rośnie w oczach wystająca z wody pustynia – niezamieszkana wyspa Giftun.
Delikatna bryza przyjemnie chłodzi nasze twarze. Z wolna na powierzchni wody zaczynają pojawiać się w oddali oliwkowo-złote plamy – rafy koralowe. Ukryte skromnie pół metra pod wodą w żaden sposób nie zapowiadają tego, co naprawdę zobaczymy. Przewodnik omawia profil nurkowania oraz przypomina sygnały nurkowe. Na naszej niewielkiej łódce, jak w wieży Babel, słychać co najmniej kilka języków; pochodzimy z różnych krajów, szkół i federacji nurkowych, a że pod wodą nie ma zbyt wiele czasu na improwizację, stąd znaki muszą być rozumiane i interpretowane przez wszystkich nurków jednakowo. Zakładamy przygotowany wcześniej ekwipunek. Ostatnia kontrola i plusk! – wskakujemy do wody! Pierwsze wrażenie jest niesamowite: przyzwyczajony do krajowych warunków, gdzie widoczność rzadko przekracza kilka metrów, jestem wstrząśnięty, widząc dookoła krystalicznie czystą toń, na końcu której majaczy cel naszego nurkowania – rafy. Tak naprawdę dopiero tutaj czuję i widzę odmienność środowiska, w którym się znalazłem: wszystko wydaje się większe i bliższe. Naraz, pomiędzy gulgotaniem wydychanych bąbli powietrza, do moich uszu zaczynają docierać przedziwne stłumione dźwięki. To odgłosy życia na rafie, gdzie tysiące pyszczków pracowicie skrobie koralowce w poszukiwaniu pożywienia. Opadając w kierunku dna, które wydawało się być na wyciągnięcie ręki, nie mogę się nadziwić wskazaniom głębokościomierza, sygnalizującego, że jest wciąż głębiej i głębiej... W końcu delikatnie dotykam płetwami piasku u stóp niewielkiej rafki. Na głębokościomierzu widnieje 18 metrów, czyli jakieś pięć pięter wieżowca... uff!
W kraju na takiej głębokości panuje już zmrok – tutaj widoczność nie różni się od tej, tuż spod powierzchni wody. Po krótkiej chwili poświęconej na zaprezentowanie przewodnikowi posiadanych umiejętności (tzw. chech dive – nurkowanie sprawdzające), płyniemy w kierunku oddalonej od nas o kilkanaście metrów rafy. Z każdym uderzeniem płetw, które przybliża nas do celu, serce bije mi coraz mocniej. Czuję się jak mała rybka wpuszczona do królewskiego akwarium: zasiedlające dno cudowne koralowce, mienią się całą gamą barw, nad nimi zaś trwa prawdziwy festyn kształtów i kolorów. Po obejrzeniu wielu filmów przyrodniczych, które bardzo lubię, czułem się teoretycznie przygotowany na to co miałem zobaczyć pod wodą. Jakże się myliłem!. W trakcie wszystkich nurkowań stale towarzyszą mi uczucia zdumienia i niedowierzania – ilość, wielorakość oraz bliskość otaczających mnie zewsząd stworzeń oszałamia: a to mija nas półtorametrowej długości Napoleon (ryba o proporcjach naszego karpia, ale z wyraźną charakterystyczną naroślą na czole), to znów wpływamy w liczące może koło stu sztuk stado ustniczków cesarskich i bannerfishów (coś a la skalary), z których każdy jest wielkości sporego talerza, albo olbrzymia murena (hmm – powiedzmy: gruby węgorz) dwumetrowej długości groźnie łypie oczami w naszą stronę. A wszystko to skąpane w pięknych świetlnych refleksach promieni słońca, docierających bez przeszkód przez krystalicznie czystą wodę. Z czasem zaczynam dostrzegać coraz mniejszych mieszkańców rafy. I tutaj sprawdza się powiedzenie „małe jest piękne”. Niewielkie ślimaki, krabiki, ośmiorniczki, ukwiały orazi koralowce – niewiarygodne bogactwo tęczowych kolorów i nieprawdopodobnych wręcz kształtów...
Kolejne sezony nurkowe, kolejne wyprawy... Coraz większe doświadczenie nurkowe owocuje bardziej skomplikowanymi i przyprawionymi dreszczykiem emocji nurkowaniami.
Coraz chętniej zaczynam zaglądać na Synaj – moje ulubione miejsce wypraw: potężne góry, miejscami wchodzące wprost do morza, beduini i wielbłądy, surowy krajobraz pustyni, przecudne, doskonale zachowane rafy z prawdziwymi cudami natury w postaci kanionów, rozpadlin i studni, niespotykana obfitość życia pod wodą, wraki...
Czasami na nurkowania w okolicy Dahab jeździmy po bezdrożach jeppami, czasami trzeba przesiadać się na wielbłądy – droga przechodzi w ścieżkę, wijącą się brzegiem morza pomiędzy stosami kamieni, zalegającymi zbocza gór. Ich kolory, szum morskich fal i kołysanie naszych „środków lokomocji” jeszcze przed nurkowaniem wprawiają mnie w przedziwny stan marzeń na jawie...
O tutejszych miejscach nurkowych długo można by pisać. Niektóre z nich odkrył już sam Jacques Costeau – chociażby słynne Blue Hole: naturalną „studnię” utworzoną przez naturę w ścianie rafy. Tę niemal dwustumetrową „dziurę” oraz łuk, który na głębokości sześćdziesięciu metrów otwiera ją w stronę pełnego morza, okrywa, niestety, zła sława: wielu niedoświadczonych nurków, próbujących zmierzyć się z „łukiem”, zapłaciło życiem za swoją brawurę. Niedaleko obok – szczelina skalna o kształcie dzwonu, Bells, prowadząca prosto w otchłań. Pracujący w tym miejscu nurkowie techniczni opowiadają o rekinie młocie, mieszkającym w pobliżu dna na głębokości stu pięćdziesięciu metrów... Wiele wrażeń i emocji dostarcza także nurkowanie w grocie zwanej Canyonem. Magia tego miejsca szczególnie wyraźnie ujawnia się nocą – zawieszony w toni wewnątrz jaskini, gaszę latarkę i obserwuję cząsteczki planktonu, migocące wokół mnie zimną, zielonkawą poświatą; pozbawiony przez wodę ciężaru swojego ciała, zaczynam czuć się, jak astronauta w kosmosie.
Wielkie wrażenie wywiera na mnie również nurkowanie wśród łąk węgorzy piaskowych. Te przedziwne, żyjące w koloniach zwierzęta, pędzą praktycznie osiadły tryb życia. Ich wąskie norki wydrążone w piasku stanowią doskonałe schronienie przed drapieżnikami. Falujące łany węgorzyków, łapiących plankton drobnymi pyszczkami, na widok przepływającego nurka czy większej ryby znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zaraz za ogrodami rozciąga się prawdziwy las gorgonii oraz korali stołowych o niespotykanej urodzie.
Innym niezapomnianym przeżyciem są nurkowania z łodzi w parku narodowym Ras Mohamed, w pobliżu Sharm El Skeikh czy na rafach okalających wyspę Tiran. Bloki rafy przybrały tam najprzeróżniejsze kształty: stromo opadające w otchłań ściany z pięknymi nawisami, groty, słupy lub plateau – podwodne płaskowyże wyrastające z piachu. Wśród tego wszystkiego kipi bujne życie. Nie darmo ktoś powiedział, że nurkowanie w tych miejscach to jak pływanie w zupie rybnej.
Oddzielnym, pięknym i emocjonującym rozdziałem są także nurkowania wrakowe: widok statków-kolosów, leżących na dnie i po części już pochłoniętych przez naturę, wywiera na człowieku niezapomniane wrażenie: w ładowniach zbombardowanego przez Niemców podczas drugiej wojny światowej statku transportowego „Thistlegorm” spoczywają sterty przerdzewiałych karabinów, jeepy, ciężarówki i stare silniki lotnicze; kruszejący kadłub legendarnego Carnatica – dziewiętnastowiecznego statku przewożącego złoto – przypomina o tajemniczych okolicznościach, w jakich zaginął jego ładunek; przytłaczająca bryła Salem Expres daje świadectwo tragedii tego promu, na którym zatonęło prawie tysiąc pasażerów...
Coraz więcej osób odnajduje w nurkowaniu prawdziwą pasję i przyjemność. Rozwój sprzętu i techniki nurkowej sprawia że sport ten stał się zajęciem ogólnodostępnym. W każdym większym mieście można znaleźć szkołę nurkową, oferującą zdobycie uprawnień nurkowych. Może już czas o tym pomyśleć? Może warto spróbować? Podwodne królestwo Neptuna i jego mieszkańcy czekają...
Do zobaczenia po tamtej stronie lustra (wody)
Marek Rokowski