Gdzie Diabeł Morski tańczy z Matą Hari... Magazyn Extremium 5/2004
Miałem kiedyś niesamowity sen: nurkowaliśmy całą ekipą na wraku okrętu wojennego. Jak to we śnie bywa, dziwne obrazki z wraku, raf i codziennego życia przeplatały się ze sobą, tworząc surrealistyczną całość. Wszystko zalane było miękkim światłem. Wpłynąłem do jednej z kajut; przy biurku na krześle siedziała starsza kobieta. Wskazała ręką na ścianę. Spojrzałem w tym kierunku: zamiast ściany zobaczyłem płynącą nad wrakiem-rafą wprost na mnie gigantyczną mantę, otoczoną świtą setek kolorowych rybek. Wyciągnąłem do niej rękę. Poczułem przesuwającą się pod moimi palcami aksamitną skórę. Ogarnął mnie wielki spokój. Płynąłem uczepiony skrzydeł manty...
Sen minął, ale pozostało marzenie – zanurkować w towarzystwie tych nieziemskich stworzeń...
Któregoś dnia w pracy zadzwonił telefon: „Cześć. Mam na imię Artur. Znalazłem w necie twój numer. Słyszałem, że nurkujesz i czasem organizujesz wyprawy nurkowe. Nie masz ochoty wyskoczyć ze mną do Indonezji? Żółwie, rekiny, tysiące barakud, piękna rafa, manty...” – MANTY!?! – wpadłem mu w słowo. –„Tak, spotkania z mantami mogę ci zagwarantować na sto procent”. W zasadzie więcej nie trzeba było mnie już zachęcać. Od razu zdecydowałem: jadę!
(...)
Każdego dnia morze Celebes odsłaniało przed nami coraz to nowe tajemnice. U brzegów Maratuy nurkowaliśmy w kanale, łączącym lagunę wewnątrz wyspy z otwartym morzem. W czasie przypływu zjawiały się tutaj na żer tysięczne stada żarłocznych barrakud. Nad brzegami Kakabanu eksplorowaliśmy podwodne korytarze jaskiń. Największym jednak nurkowym hitem wyjazdu były nurkowania u brzegów Sangalaki: nurkowania z mantami! Kilkakrotnie spotykaliśmy ich żerujące stada. Widok niemal pięciometrowych płaszczek był doprawdy niesamowity: przepływały nieśpiesznie tuż obok nas niczym latające spodki. Szkoda, że zawieszony w wodzie plankton pogarszał znacznie widoczność – trudno było zrobić dobre zdjęcia. Manty, podobnie jak żółwie, traktowały nas zupełnie obojętnie. Kiedy spostrzegały kogoś na swojej drodze, lekko zmieniały kurs, aby ominąć nas bokiem lub wykonywały elegancki „scyzoryk” i nurkowały, przepływając pod nami. Postanowiłem w końcu spełnić swoje marzenie ze snu: widząc nadpływającą olbrzymią sztukę, nabrałem powietrza i dałem nura. Na głębokości kilku metrów odwróciłem się na plecy: nade mną, na tle błękitu, powoli i majestatycznie szybował olbrzymi ciemny, stwór – prawdziwy książę podmorskich głębin...
Trudno opisać, co się czuje w takiej chwili: własną maleńkość, radość, że istnieje coś tak wspaniałego, wzruszenie z możliwości spotkania, a może nawet lekką euforię. To niezwykłe przeżycie móc znaleźć się w towarzystwie tak wielkiego stworzenia w jego naturalnym środowisku... Tylko dlaczego ludzie nazywają mantę Diabłem Morskim?
(...)
cały artykuł: magazyn Extremium 5/2004 - zapraszam do lektury :)
Marek Rokowski
pozostałe reportaże z Sangalaki>>