Manty - moje marzenie...  Archipelag Sangalaki/ Indonezja

Podwodny Świat, Wrzesień / Październik 2004 nr 5(43)

 

Przed nami! Cztery duże!! – Ewa tłumaczy okrzyk naszego przewodnika-rybaka. Nie ma co ukrywać – na te słowa natychmiast wszystkim skacze adrenalina. Siedzimy po bokach łodzi ubrani w nurkowe ABC, trzymając w rękach sprzęt do fotografowania i filmowania. Rybak wyłącza silnik. Dryfujemy teraz bezszelestnie po lustrze wody. Rzeczywiście! Są! – raz po raz nad wodą pojawiają się końcówki ich wielkich skrzydeł. Jeszcze chwila i wskakujemy do wody. Serca walą nam jak szalone: tuż przed nami, niczym gigantyczne bombowce, szybują w toni olbrzymie manty. Płyną prosto w naszym kierunku. Zauważają nas w ostatniej chwili – widać to wyraźnie – zaskoczone lekko się wzdrygają, zamykają paszcze i z gracją, wykonując niemalże „scyzoryk” nurkując w głąb, aby przepłynąć pod nami. Za nimi majaczą już następne sztuki, jeszcze większe i piękniej ubarwione w brązowo-białe smugi. Te olbrzymy, chyba z racji swojej wielkości, w ogóle nie przejmują się ludźmi. Nie przerywając żerowania wolno przepływają obok nas dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Nurkujemy ze stadem, które liczy kilkanaście sztuk. Manty spływają z prądem, a następnie zawracają i płynąc pod prąd, filtrują plankton. Jaka szkoda, że woda wypełniona tymi drobnymi żyjątkami nie jest zbyt przejrzysta... Robię zdjęcia ze świadomością, że będą one jedynie namiastką tego, co naprawdę w tej chwili widzę i przeżywam...

Na widok nadpływającej olbrzymiej sztuki nurkuję na bezdechu i odwracam się na plecy. Wielka manta majestatycznie przepływa nade mną.Niesamowite wrażenie: ta ryba ma minimum cztery metry rozpiętości! Nurkujemy już prawie 40 minut; niestety, zbliża się odpływ a w dodatku powoli zapada zmierzch – najwyższa pora, aby wracać na naszą wysepkę. Pływanie w tych warunkach, i to jeszcze w ciemności, niesie ze sobą zbyt duże ryzyko wpakowania się na rafy. Wprawdzie sama wyspa, na której mieszkamy, ma może niecały kilometr średnicy, ale za to okalające ją rafy wychodzą w morze na prawie szesnaście kilometrów!

Z żalem wracamy do domu. Na szczęście w czasie naszej dwutygodniowej eskapady jeszcze kilka razy mamy okazję spotkać się ze stadami żerujących mant.

 

           (...)

 

Nie sposób wymienić wszystkich atrakcji, których dostarczył nam ten dwutygodniowy wyjazd: smak tuńczyka spożywanego zaraz po złowieniu i usmażeniu na środku morza, widok milionów gwiazd na smoliście czarnym niebie z horyzontem zaciągniętym podświetlanymi przez nieme błyskawice wypiętrzonymi cumulonimbusami, tajemnicze odgłosy tropikalnej dżungli, nieogarnione wzrokiem podwodne pola koralowe, delfiny baraszkujące przed łódką, noclegi pod gwiazdami, niezamieszkałe wyspy, ryboskoczki wypełzające w czasie odpływu z mulistego portowego dna, żółwie „pasące się” przy naszym pomoście na podwodnych łąkach, tysięczne stada narybku w jednym momencie jednocześnie wyskakujące ponad wodę (efekt polowania tuńczyków i belon), pochylone palmy i raz po raz spadające na piasek olbrzymie kokosy, wielkie kalmary łypiące na nas swoimi szparkowatymi oczami, beczkowate gąbki wielkości sporej wanny, widok dżungli z lotu ptaka, serdeczność i ciekawość mieszkańców, „egzotyka” naszych posiłków... – to tylko mała garstka wrażeń, jakie było nam dane przeżyć w czasie tej wyprawy. Mimo wielu trudów i niedogodności myślę ze do końca życia pozostanie ona w naszej pamięci jako przygoda życia.

 

Pełna wersja dostępna w drukowanej wersji magazynu  "Podwodny Świat", Wrzesień / Październik 2004 nr 5(43)

 

Marek Rokowski

 

pozostałe reportaże z Sangalaki>> 

zobacz zdjęcia>>