Archipelag Sangalaki/ Indonezja - wyprawa 17-ta maj 2004
Ze
snu wyrywa mnie chrobotanie kadłuba o rafy. Szybko gramolę się ze śpiwora, w
którym wyciągnąłem się na pokładzie naszej rybackiej łódki. Najwyraźniej
jednak nic poważnego się nie stało - słyszę bowiem wesoły głos naszego
rybaka. Wyspa Derawan, na którą zmierzamy, ma niecały kilometr średnicy - za
to podwodne rafy wokół niej ciągną się w morze w promieniu szesnastu
kilometrów. O tym właśnie rozmawialiśmy w porcie: przy pływach dochodzących
do dwóch i pół metra, szczególnie gdy płynie się nocą, szansa wpakowania
się na rafy jest bardzo duża.
Powierzchnia morza jest gładka jak jezioro. Tuż nad nią snuje się lekka mgiełka. Widzę zarys przepływającego pod łodzią olbrzymiego żółwia (spotkamy ich na tym wyjeździe setki...)
Słońce
wschodzi równie szybko jak zaszło poprzedniego dnia. Jesteśmy na równiku -
ciężko tutaj mówić o długim wieczorze czy porannym brzasku. Dzień
zaczynamy jedną z bardziej niesamowitych i poruszających przygód wyjazdu:
zaproszeni przez pracowników parku idziemy oglądać małe wykluwające się żółwiki!
Uczestniczenie w tak magicznym momencie, to naprawdę wzruszające przeżycie.
Trzymam morskiego „pisklaka” w ręku i zastanawiam się: „Czy kiedyś go
jeszcze spotkam?”. Żółwiki dzielnie pędzą wprost do morza. Może dzięki
temu, że tam byliśmy przeżyło kilka sztuk więcej? Zwykle jest to niestety
moment uczty dla ptactwa i gadów zamieszkujących wyspę.
(...)
Zapuszczamy
się w coraz mniej uczęszczane przez ludzi obszary. Kolejne dni spędzamy u
brzegów Maratui – sporej wysepki w kształcie podkowy. Pozostała część
jej korony znajduje się tuż pod powierzchnia wody. Podobnie jak poprzednie, i
ta wyspa jest pochodzenia wulkanicznego. Do wnętrza laguny prowadzi wąski kanał.
W czasie przypływu z otwartego oceanu ściągają tutaj na żer tysięczne
stada półtorametrowych barakud oraz wielkie ilości innych ryb – z rekinami
wielorybimi włącznie. Niestety, nie mamy zbyt dużego szczęścia – tym
razem morze nie obdarza nas aż tak hojnie – z atrakcji spotykamy tylko (!)
kilkaset barakud tłoczących się z otwartymi paszczami w silnym prądzie. A prąd
w tym miejscu jest tak silny, że wczepieni w załomy dna z trudem utrzymujemy
się w miejscu.
Noc
spędzamy w wynajętym w wiosce rybackiej domku. Nasze przybycie jest dla jej
mieszkańców nie lada sensacją. Jeden z rybaków oprowadza nas, pokazując
miejscowe atrakcje. Podziwiamy mały meczet, szkołę, przydomową stocznię -
gdzie łodzie buduje się tak jak przez setkami lat. Są też przydomowe
zwierzaki: małpka i uwiązane przy dnie, pod jednym z domów - żywe
skamieliny: skrzypłocze.
Tego
dnia obchodzimy na pomoście przy łodzi Wielkanoc. Dzieląc się tradycyjnym
jajkiem – popijamy mleczko ze świeżo ściętych z palm kokosów...
Czas
szybko mija. Ani się spostrzegłem, a już nastała pora powrotu. Wracam, ale
kawałek serca na zawsze pozostanie tutaj – w Indonezji - gdzie nawet flaga
narodowa wygląda podobnie jak polska (tyle że do góry nogami). Serdeczność
ludzi, ich spokój i uczynność, krajobrazy, smak i zapach potraw, obcowanie z
prawie dziewiczą naturą – to rzeczy których zapomnieć nie sposób...
Jeszcze
nie wyjechałem, a już zaczynam marzyć o powrocie w ten rejon. Może w przyszłym
roku? A może razem? – zapraszam
J!
Marek
Rokowski
Pełna wersja dostępna w drukowanej wersji magazynu "Sportowy Styl", nr 6/2004
pozostałe reportaże z Sangalaki>>