Nowa specjalizacja nurkowa: SKY DIVING!!! 
M. Rokowski 2003 

"Masz problem? - spadaj J...-z nami!"

- Czyli historia o zbawiennym działaniu skoku na spadochronie...

 

Żyjesz pełnią życia? Szukasz przygód i wyzwań? Szukasz radości? A może czujesz się ostatnio kiepsko? Myślisz, że życie wyblakło i straciło dawny sens? Przytłaczają Cię problemy i nie możesz się od  nich oderwać?

Nie szukaj ucieczki w chemii i produktach destylacji!!! Nie daj się! Nawet nie wiesz, że radość pełni życia jest w Tobie - musisz ją tylko uwolnić! Jak? To proste: podchodzisz do drzwi, krzyczysz „Ready, Set, Go!” – i robisz maleńki krok na drugą stronę ... Dokąd? W BŁĘKIT! Pod Tobą rozciąga się czterokilometrowa warstwa powietrza oddzielająca Cię od trosk i problemów, które zostały na dole ...

Nie, nie proponuję Ci samobójstwa – taka przygoda kończy się happy end-em dzięki kilkudziesięciu metrom tkaniny i linek, odpowiednio ułożonych w Twoim plecaczku J. Skocz ze spadochronem!

 

Siedzę wbity w uprząż i kask na podłodze naszej powietrznej taksówki. Silniki grają pełną mocą. Kadłub wibruje od wyboi na pasie startowym. Gdzieś w środku, we mnie, rozlega się pytanie: „Co ja tu  kurna robię!”. A może zrezygnować i dać drapaka? Nie... nie ma szans ... Drogę do drzwi tarasuje kilkunastu, uśmiechniętych „szaleńców”, poza tym toczymy się po pasie startowym coraz szybciej. W pewnym momencie podłoga, na której siedzę, z wolna unosi się pod kątem trzydziestu stopni. Ustają wstrząsy. Poczciwy Turbolet ostro pnie się w górę. Robimy pierwszy zakręt – przez okno widzę pod nami lotnisko ... Przed oczami pojawiają mi się obrazki sprzed kilku lat, kiedy to na kursie szybowcowym wznosiłem się starym Antonowem po to, aby liczba moich startów na pokładzie latającej maszyny po raz pierwszy nie pokryła się z liczbą lądowań J. Wtedy był to skok z siedmiuset metrów z prawie natychmiastowym otwarciem spadochronu. Dzisiaj to będzie o wiele, wiele wyżej: w towarzystwie „Cienkiego” i „Kucharza” - dwóch sympatycznych instruktorów - mam oddać mój pierwszy szkoleniowy skok połączony ze spadaniem z wysokości czterech tysięcy metrów! Czeka mnie cała minuta swobodnego lotu, a późnej jeszcze kilka minut - już w stanie „podwieszenia” pod otwartą (mam cichą nadzieję J) czaszą spadochronu.

Patrzę na zapięty na ręce wysokościomierz: jesteśmy na dwóch tysiącach metrów i pniemy się dalej ostro do góry. Siedzę tak sobie, a w głowie kołaczą się najróżniejsze myśli: radość, strach, obawa, euforia ...

Z zadumy wyrywa mnie klepanie po ramieniu: to „Kucharz” przekrzykując ryk silników zadaje mi pytanie:

- „Co jest najważniejsze?!”

Gorączkowo myślę o tym, co było na szkoleniu ...

- „Wysokość otwarcia spadochronu?” – krzyczę.

- „To też. Ale co jest najważniejsze?! - pyta.

- „Płaska figura w czasie spadania?”

- „Ale co jest NAJważniejsze?! – „Kucharz” wyraźnie rozbawiony kiwa głową.

Poddaję się: widać zapomniałem wszystkiego, czego uczyłem się na kursie - a za chwilę przecież skok ... ! Widząc moją nieszczęśliwą minę „Kucharz” śmiejąc się odpowiada za mnie:

       -„Luzik! Luzik, Stary, jest najważniejszy!”  J

Teraz śmieję się i ja. Napięcie znika jak ręką odjął. Moi sąsiedzi zaczynają się wiercić – poprawiają sprzęt. Ci znajdujący się najbliżej drzwi zaczynają się podnosić. Rzut oka na wysokościomierz – i wszystko jasne: trzy tysiące dziewięćset metrów! Uff! Mam wrażenie, że wysokościomierz pokazuje teraz także moje tętno – serce wali mi jak młot! Silniki cichną – koniec wznoszenia. Piloci z kabiny dają nam sygnał gotowości. Otwierają się boczne drzwi w kadłubie: daleko pod nami przesuwają się chmury. Ich cieniutka warstewka całkowicie oddzieliła nas od Ziemi. W górze niebo w kolorze granatu, z wielką żółtą kulą Słońca ... Nie! To nie są ziemskie obrazy! Wpatruję się urzeczony. Teraz stoimy już wszyscy czekając na swoją kolejkę. To niesamowite, ale zniknął gdzieś wewnętrzny strach i lęk – pozostała fascynacja rozgrywającym się wokół mnie nierealnym, niczym sen, zdarzeniem: kolejni skoczkowie podchodzą do drzwi i - zamiast spadać - odpływają w przestrzeń niczym duchy! Jestem zdumiony tym spostrzeżeniem ...

Samolot szybko pustoszeje. Przychodzi moja kolej. Jeden z instruktorów wychodzi na zewnątrz samolotu trzymając się uchwytów nad drzwiami. Drugą ręką trzyma mnie za specjalny uchwyt naszyty na moim skafandrze w okolicy biodra. Staję obiema nogami na krawędzi progu z dłońmi opartymi o burtę samolotu. „Cienki” ubezpiecza mnie od środka. Wychylam głowę na zewnątrz i patrzę na zawieszony kawałek dalej, na skrzydle, silnik i kręcące się łopaty śmigieł. Jedno spojrzenie w dół: widok olbrzymiej białej pierzyny pod nami zatyka! Z oszołomienia wyrywa mnie szarpanie za ramię. Dobra – koniec miękkiej gry –myślę sobie. Krzyczę: „Ready” i uginam kolana – „Set!” i ... „GOOOO!!!” Skaczemy w otchłań! Czuję, jak adrenalina uderza mi w mózg, blokując na chwilę wszystkie inne bodźce. „Umieram?! ... Nie! Żyję! Kurcze! – Żyję, i to jeszcze jak!”. Leżę na niewidocznej poduszce powietrznej zawieszony pomiędzy niebem a ziemią. Obok mnie „leżą” moi uśmiechnięci instruktorzy. Wyjście z samolotu poszło całkiem nieźle i od razu złapaliśmy „płaską” pozycje do spadania. Znowu szarpnięcie za ramię: czas na naukę. Pierwsze ćwiczenie to poprawienie sylwetki: umowne znaki pokazywane ręką przed moją głową pozwalają mi ustawić we właściwy sposób ciało względem powietrza. Później przychodzi czas na trzykrotną symulację otwarcia spadochronu. Uchwyt znajduje się na plecach w okolicy pasa - aby nie stracić kontrolowanej pozycji spadania muszę wykonać symetryczny ruch rękami. Prawa ręka wędruje do tyłu do uchwytu, a lewa w tym samym czasie musi znaleźć się przed głową, aby zrównoważyć opór powietrza. Nasza prędkość wynosi dwieście kilometrów na godzinę (!).

Teraz mogę już całkowicie oddać się czerpaniu radości ze skoku. Czuję się zaskoczony brakiem poczucia spadania! Odległość od ziemi skutecznie niweluje to wrażenie. Sprawdzam wysokość: 1800 m – najwyższa pora otwierać czaszę. Daję umówione znaki obu instruktorom i pociągam za uchwyt. Po chwili napełniająca się powietrzem czasza stawia mnie w pionowej pozycji. Czuję szarpnięcie i lekkie przeciążenie – w końcu muszę wyhamować spadanie z dwustu do mniej niż dwudziestu kilometrów na godzinę. Moi aniołowie stróże mkną dalej w kierunku ziemi - pułap otwarcia dla doświadczonych skoczków wynosi siedemset metrów. Po chwili znikają w chmurach pode mną ... Wow! Cisza ... – tylko wiatr szumi lekko w linkach. A może to szum krwi w moich żyłach? J Rzut oka do góry na czaszę – jest OK. Wypełniła się podręcznikowo. Biorę do rąk kołki sterownicze i zaczynam podniebną zabawę kręcąc kółka i ciasne spirale. Zwalniam i przyspieszam czaszę – próbuję ją „wyczuć” – przyda się to na pewno podczas lądownia.

Płynące pode mną chmury są coraz bliżej. Rany! Co za widok! Biała wata zbliża się z każdą chwilą. W pewnym momencie czuję się jak wśród białych gór. „Czy aby trafię w lotnisko ?” -przez głowę przelatuje mi szybka myśl. Teoretycznie nie powinno było mnie znieść – trzymałem z grubsza kierunek, wedle wcześniejszej instrukcji lecąc ze słońcem w plecy ... Zanurzam się w chmury. Miejsce nieskazitelnie czystych barw powietrza i bieli zajmuje szarość z rozproszonym w niej światłem.. Na szczęście warstwa chmur jest bardzo cienka i już po chwili jestem pod nimi. W dole dokładnie pode mną widzę lotnisko. Uff! Lekka ulga –jeden problem z głowy. Powoli zaczynam sobie układać plan lądowania. Obserwuję lotniskowy rękaw wskazujący kierunek wiatru. Esując pod wiatr  kontroluję odległość od miejsca gdzie mam przyziemić. Nad samą ziemią powoli zaczynam hamować czaszę ciągnąc w dół linki sterownicze. Przyziemiam delikatnie na obie nogi i szybko gaszę wypełnioną powietrzem czaszę. Zbieram cały majdan, zarzucam na plecy i idę w kierunku czekających już na mnie instruktorów. Chce mi się krzyczeć i skakać z radości – no i nie ma co ukrywać – rozpiera mnie duma, że TO zrobiłem! J

Serdeczny uścisk dłoni i krótkie podziękowanie dla moich mistrzów. Ognie palą się w moich oczach – słowa stają się w pewnym momencie zbędne – wystarczy jedno spojrzenie: będę skakał. „To kiedy następny skok?” – pyta „Kucharz. – „Jeśli mogę, jeszcze dzisiaj” –odpowiadam. „Odpocznij sobie polecisz w ostatnim wylocie” – odpowiadają uśmiechnięci; już wiedzą: przybyło o jednego spadochroniarza więcej J.

 

Marek Rokowski

 

Jak się w to zacząć bawić?

 

Trzeba mieć ukończone 18 lat (lub 16-ście lat i pisemną zgodę rodziców), w miarę dobre zdrowie –ale bez jakiś extra wymagań – to już nie czasy kiedy skakać mogli tylko komandosi J. Badania lekarskie można zrobić na miejscu – na lotnisku (co sobotę –koszt 100zł) Trzeba z sobą przywieźć rtg. kręgosłupa lędźwiowego oraz wyniki podstawowych badań krwi(morfologia). Kurs prowadzony jest w systemie AFF (Accelerated Free Fall) – -po kilkunastogodzinnej teorii i świczeniach na ziemi rozpoczyna się skoki – i to od razu z 4 000m, z opóźnionym otwarciem! Część praktyczna kursu to osiem poziomów czyli osiem skoków przeplatanych teorią, którą instruktorzy wykładają w koleżeńskiej atmosferze, w przystępny i zrozumiały sposób. To jedno z nielicznych miejsc gdzie od samego początku – nawet będąc żółtodziobem można poczuć się jak wśród swoich J. Skoki wykonywane są początkowo w towarzystwie dwóch instruktorów, w miarę postępów w szkoleniu - jednego. Koszt całego kursu wynosi 3600zł. Można też zaplanować sobie w miejsce kursu pojedynczy skok-oczywiście po zaliczeniu teorii (800zł). Jeśli jednak wizja samodzielnego skakania nas przerasta –można wykonać skok w tandemie - z instruktorem (500zł). Uwiecznienie naszych wyczynów przez podniebnego operatora (zdjecia, video etc) kosztuje dodatkowo180zł.

 

Kontakt: Polska Fabryka Spadochroniarzy –Piotrków Trybunalski, . www.skydive.mnet.pl, tel.: +48 603 867 598, 697 724 292

Zobacz zdjęcia>>