NURKOWANIE NA WRAKU THISTLEGROMA cz. 1
Ze snu wyrywa mnie dźwięk pracującego silnika i odgłosy krzątających się za ścianą marynarzy. Lekkie kołysanie koi i widok przez bulaj na bezkres prawie gładkiego morza uświadamia mi gdzie się znajduję. Już za parę godzin czeka mnie nurkowanie na najciekawszym wraku Morza Czerwonego – angielskim statku Thistlegrom z czasów II wojny światowej. 6 października 1941 roku płynąc z Kapsztadu do Tavfiq z zaopatrzeniem dla wojsk brytyjskich, został wytropiony i zbombardowany przez niemieckie bombowce dalekiego zasięgu He 111. Pożar maszynowni wskutek uderzenia dwóch bomb i wybuch przewożonej w ostatniej ładowni amunicji w 20 minut przesądziły o losach statku, który osiadł na dnie na głębokości ok. 30m. Dziób i przednia część śródokręcia pozostała w stanie prawie nie naruszonym; tylna jego część została całkowicie zmieciona w wyniku wybuchu, który oderwał rufę od reszty okrętu.
![]() |
Co czuli, o czym myśleli marynarze widząc jak od pędzącego w ich kierunku samolotu z czarnymi krzyżami oderwały się dwie śmiercionośne bryły? Dziewięciu z nich być może zapamiętało ten widok jako ostatni w swoim życiu. Zginęli razem ze swoim okrętem...
Z rozmyślań wyrywa mnie pukanie do kabiny. To Sheikh - nasz przewodnik. Docieramy na miejsce nurkowania. Jem w messie delikatne śniadanie. Na szczęście nie kołysze i nikt z członków wyprawy nie cierpi na chorobę morską. Wyglądam na pokład. Na horyzoncie widać płonące pochodnie szybów naftowych, kilka statków zmierza w stronę Suezu. Z drugiej burty szmaragd przybrzeżnych raf przechodzi w bezkres pustyni z czerwonawymi górami na horyzoncie.
Zaczynam przygotowywać ekwipunek. Nurkowania wrakowe mają swoją specyfikę: nie ma tutaj miejsca na improwizację: sprzęt musi zostać odpowiednio przygotowany. Często trzeba zabrać ze sobą dodatkowe wyposażenie: latarki, wierzchnie kombinezony zabezpieczające przed ostrymi fragmentami wraku, jego plany , kołowrotek z linką (zaczepiona u wejścia i rozwijana w trakcie penetracji pomaga odnaleźć drogę powrotną), zestawy ratunkowe i wiele innych rzeczy. Wrak, na który płynę, nie wymaga na szczęście aż tak rozbudowanego zestawu. Wewnątrz większość ciekawych obiektów położona jest blisko wlotów ładowni, umożliwiających szybkie wydostanie się na zewnątrz w razie kłopotów. Sprawdzam baterie w latarce i aparat fotograficzny. Sprzęt przygotowany - pora na odprawę. Jeszcze raz omawiamy cały plan nurkowania: kolejność schodzenia, zwrócenie uwagi na silne w tej okolicy prądy, oznaczenie liny cumowniczej naszego statku (w międzyczasie zjawiło się już kilkanaście innych jednostek, a trzeba jakoś trafić do „domu”). Omawiamy kierunek płynięcia, możliwe zagrożenia. Wrak, choć piękny sam w sobie, jest kupą ostrego żelastwa mogącą bardzo boleśnie poranić nieostrożnego nurka. Przewodnik prosi nas o zwrócenie szczególnej uwagi na sterczące niczym płomienie świec pozostałości po relingu na dziobie. Powtarzamy sygnały dawane sobie pod wodą. Ustalamy szacunkowy limit powietrza potrzebny do bezpiecznego wynurzenia.
Zakładanie na siebie sprzętu idzie bardzo sprawnie. Każdy z nas ma już za sobą ładnych parę nurkowań i co najmniej drugi stopień wyszkolenia – to jeden z wymogów dopuszczających do nurkowań wrakowych. Wskakujemy do wody. Ostatnie „OK!” na powierzchni i wpadamy w objęcia błękitu. Niestety widzialność jak na Morze Czerwone nie jest dzisiaj zbyt rewelacyjna: lina niknie w toni. Metr po metrze zbliżamy się do celu. Zaczynam dostrzegać pierwsze kształty. „Wylądowaliśmy” na najbardziej zniszczonym fragmencie, na wysokości czwartej ładowni – a właściwie tego co z niej zostało. Wszędzie pełno poskręcanych kikutów blach, rur, zniszczonej amunicji. Największe pociski armatnie leżące w tym złomowisku są niemalże mojego wzrostu! Trochę niżej dostrzegam tankietkę z uszkodzoną wybuchem gąsienicą. Jej zdeformowane koła wyglądają jak zrobione z plasteliny. Płynę w kierunku leżącej na lewym boku części rufowej. Mijam obrośnięte koralami działo z lufą smętnie opuszczoną w kierunku dna. Rufę zwieńczy stanowisko obrony przeciwlotniczej rysując się ostro na tle połyskującej słońcem powierzchni wody. Opadam na dno i z zachwytem patrzę na sterczące łopaty śruby. Próbuję zrobić zdjęcie. Światło lampy błyskowej łamie się i rozprasza od pływającego w wodzie planktonu – to raczej nie będzie rewelacja... Odpływam w bok od okrętu. Spostrzegam w piasku podeszwę buta. Czy ten kto go nosił - przeżył? Taki widok „prostuje” spojrzenie na wrak – to nie tylko obiekt do podziwiania. To także swoisty pomnik tragedii, która się tutaj rozegrała.
|
Płynąc ponownie nad rumowiskiem zamyślam się przez chwilę i to wystarcza, żeby stracić orientację. Płynę w kierunku dzioba czy rufy? Gdzie nasza cuma, po której trafię na swój stateczek? Na szczęście dostrzegam naszego przewodnika, który macha do mnie ręką pokazując coś w gąszczu żelastwa. Potężna murena kłapie nerwowo paszczą na nasz widok. Po czterdziestu latach wrak nadal żyje - zmienili się tylko mieszkańcy.
O ile na początku nurkowania byliśmy sami, teraz jak okiem sięgnąć widać nurków i unoszące się ku powierzchni bąble wydychanego przez nich powietrza. Miejscami robi się wręcz tłoczno. Płyniemy w stronę dziobu. Mimo, że macham płetwami coraz mocniej, płynę coraz wolniej! Prąd nas nie oszczędza. Patrzę na manometr: połowa butli zużyta. Niedługo trzeba będzie myśleć o powrocie na górę.
Przepływając nad otwartymi ładowniami, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że szybuję niczym duch nad stojącym w porcie, gotowym do wypłynięcia okrętem. Szybuję parę centymetrów nad pokładem, po którym kiedyś biegali marynarze. ”Wlatuję” przez okno do jednej z nadbudówek. Zawisam pod sufitem, by bezgłośnie opaść schodami na niższy poziom. Wyobraźnia podpowiada niesamowite rzeczy; czasami mam wrażenie, że słyszę głosy załogi. Wpływam do pokoi gdzie na podłodze leżą porozrzucane resztki sprzętów...
![]() |
Wracam na pokład wraku. Przepływam nad wagonami.
Widok cystern wyglądających jak zgniecione puszki po piwie uświadamia mi,
jakie ciśnienie panuje na tej głębokości. Trawersuję windę kotwiczną –
sama w sobie wygląda jak dzieło sztuki, zwłaszcza teraz, kiedy okryta jest
kolorową warstwą rdzy i narośli. Dwa łańcuchy,
każdy grubości mojego uda,
biegną w kierunku kluz na dziobie. Zbliżam się do lewej burty. Miał rację
przewodnik ostrzegając nas przed pozostałościami relingów! To prawdziwe
dzidy! Spoglądam w dół. Tuż pode mną wisi
olbrzymia kotwica „pilnowana” przez skrzydlicę. Robię zdjęcie przepływającemu
obok koledze – jak wyjdzie będzie miał pamiątkę. Obok okrętu w prądzie
stoi ławica potężnych ryb. Sam
już nie wiem na co patrzeć: na ryby czy na wrak? Wybieram wrak. Postanawiam
obejrzeć drugą kotwicę; niestety okazuje się to niemożliwe. Kotwica leży
na dnie gdzieś daleko przed okrętem. Biegnący do niej łańcuch rozmywa się
w toni. Nie starczy mi czasu i powietrza. Słyszę metaliczny hałas - to nasz
przewodnik stuka nożem w swoją butlę. Pora wracać. Szybujemy z prądem w
kierunku naszej łajby. Rozkładam szeroko ręce. Czuję się jak ptak - uczucie
latania zawsze towarzyszy mi podczas nurkowania. Przy linie spotykamy drugą
grupę z naszej łodzi. Na pięciu metrach robimy trzyminutowy przystanek
bezpieczeństwa (musimy pozbyć się nadmiaru azotu rozpuszczonego w naszej
krwi). Widzialność w międzyczasie poprawia się na tyle że wisząc na linie
widzimy zarysy rufy oraz pływających wokół niej nurków. Po kolei podpływamy
do drabinek na rufie i gramolimy się na pokład. Nie jest to wbrew pozorom
takie proste. W międzyczasie morze trochę się rozfalowało i drabinki latają
w górę i w dół. Podaję na pokład swoje płetwy. Kiedy rufa pogrąża się
w fali, łapię mocno drabinkę. To dość nieprzyjemny moment: kiedy
fala się cofa, wraz z ustępująca wodą wraca grawitacja. W jednym
momencie moje nogi otrzymują do udźwignięcia ciężar mojego ciała i całego
sprzętu który mam na sobie (ok. 30 kg). Jeszcze kilka szczebli i zdejmuję z
siebie cały złom. Wszyscy gadają jak najęci. Mamy godzinę czasu na wymianę
pierwszych wrażeń. Później czeka nas drugie nurkowanie. Trudniejsze, ale i
bardziej ekscytujące. Będziemy penetrować wrak wewnątrz.