NURKOWANIE NA WRAKU THISTLEGROMA cz. 2
Nurkowanie na Thistlegromie czyli Rembrandt latarką malowany.

  

Właśnie skończyliśmy nasze pierwsze nurkowanie na Thistlegormie. Ściągamy z siebie sprzęt wymieniając z iskrami w oczach pierwsze wrażenia. Mam gęsia skórkę - zastanawiam się na ile z zimna a na ile z emocji... Nurkowie z drugiej grupy natknęli się przy wraku na trzy krążące rekiny! Każdy z nas zauważył jakiś szczegół budzący nutkę zazdrości u pozostałych nurków: „Cholera! Tego nie widziałem! – muszę tam jeszcze wrócić...” –  kwitujemy jeden po drugim. 

Ja przegapiłem lokomotywę leżącą na dnie przy lewej burcie. Zaczynamy szperać po przewodnikach i planach żeby lepiej poznać przed drugim nurkowaniem układ ładowni wraku oraz rozmieszczenie ładunku. Niestety z powodu braku czasu będziemy musieli ograniczyć się jedynie do penetracji dwóch najciekawszych pięter ładowni w części dziobowej. Zapowiada się naprawdę interesująco. Czuję wypieki na twarzy.

Ponieważ schodzimy jako pierwsza grupa, przyspieszamy trochę przy przygotowaniu sprzętu. Zamieniam w moim komplecie pustą butlę na pełną. Aż wierzyć się nie chce, że w tym 12 litrowym pojemniku mieści się powietrze o objętości budki telefonicznej... Przychodzi moment założenia na siebie pianki. Niestety nie zdążyła wyschnąć. Trochę trzęsie mną z zimna, ale po chwili emocje i adrenalina przywracają mi komfort cieplny. Zarzucam na siebie ekwipunek i po chwili jestem już w wodzie. Z pokładu wyglądamy pewnie jak kaczusie uczepieni jeden za drugim do rzuconej z rufy liny – od rana wiatr i prądy morskie przybrały na sile. Zrzucamy powietrze z naszych kamizelek wypornościowych i obciążeni ołowiem opadamy w otchłań. To fantastyczna chwila, kiedy milkną wszelkie odgłosy i pozostaje jedynie szum bąbli powietrza z automatu oddechowego. Jestem mile zaskoczony widocznością. Poprawiła się ona znacznie od czasu pierwszego nurkowania. Już po chwili widzę całą część rufową wraku i przepływających koło niego nurków. Dostrzegam także „moją” lokomotywę... Kiedy jestem już bliżej pokładu, z rumowiska poskręcanych rur i blach, jak z obrazka stereoskopowego nagle pojawia się przed moimi oczami czołg! Jakim cudem przeoczyłem go pierwszym razem?! Płyniemy w stronę dziobu. Kuszą mijane po drodze dziury otwartych drzwi i bulai – niestety nie da się w ciągu tych kilkudziesięciu minut zobaczyć wszystkiego. Po chwili zbieramy się nad ziejącym bezdenną pustką, lukiem ładowni. Kolejno opuszczamy się z zapalonymi latarkami do środka. Miejsce niebiańskich widoków w kolorze blue zajmują iście rembrandtowskie obrazy: głęboką czerń ładowni rozdziera tylko światło latarek wydobywając kształty w oliwkowo-rdzawej poświacie. Woda i pływające cząsteczki planktonu rozpraszają światło czyniąc je bardziej malarskim a przepływające stadka ryb dorzucają odrobinę złotych refleksów do całego kolorytu. Tu i ówdzie za sprawą czerwonych korali – nowych mieszkańców żelaznego królestwa -  wybucha piękna purpura. Ogarnia nas uczucie zachwytu, tajemniczości i lęku przed czającą się w głębi tajemnicą. Wszystko wkoło jest nierealne: powietrze, którym oddychamy, trzykrotnie gęstsze na tej głębokości niż atmosferyczne potęguje to uczucie.

 Przepływam nad olbrzymim stosem obuwia, roli przewodów elektrycznych i wszelkiego innego żelastwa. Odwracam się na plecy i obserwuję rozlane pod sklepieniem płaskie bąble powietrza. Srebrzą się i połyskują jak wielkie krople rtęci. Szkoda, że oprócz tego, że są ładne, niszczą wrak powodując jego szybszą korozję. Za parenaście lat pewnie nie będzie już można wpływać do środka z uwagi na możliwość zapadnięcia się pokładów.

Dopływam do grodzi i przez niewielkie drzwi przepływam do następnej części. Wiedziałem, co zobaczę, ale i tak wrażenie jest ogromne: przede mną jak daleko pada snop latarki stoją wojskowe jeepy! Czarne plamy doskonale zachowanych opon odcinają się ostro od  pokrytej oliwkowo-rdzawym nalotem elementów karoserii, ram, silników... Odwracam się do płynącego obok kolegi. Nie musimy (i tak przecież nie możemy) rozmawiać: kiwa głową jakby z niedowierzaniem. W jego oczach maluje się zachwyt. Mogę tylko podejrzewać, że mam podobną minę...

Kolejna gróź, kolejne drzwi. Widzę snopy promieni słonecznych wpadające do środka przez luk załadowczy nad nami. Oświetlają pozbawione poszycia kratownice skrzydeł do samolotów oraz osłony silników. Po bokach stoją w rzędach ciężarówki. Zaglądam przez okna do kabin i pod zniszczone przez rdzę maski. Oglądam silniki. Na ciężarówkach leży sporo luf karabinów. Ich drewniane części, podobnie jak burty ciężarówek rozpadły się już na wskutek działania słonej wody i mikroorganizmów.

Rozpoczynamy penetrację drugiego poziomu. Ta część to prawdziwy raj dla podwodnych fotografów: Na ciężarówkach stoją równiutko załadowane prawie dwie setki wojskowych motocykli! Wrażenie jest niesamowite. Gdziekolwiek pada światło latarki– malują się znajome kształty. Matka Natura postarała się przy pomocy rdzy i żyjątek, aby żaden z motocykli nie wyglądał tak samo. Dociera do mnie świadomość niemożności uwiecznienia na kliszy całego tego bogactwa. Robię parę zdjęć mając nadzieję na złapanie przynajmniej klimatu tego miejsca.

Robi się coraz ciaśniej: maleje odległość pomiędzy sufitem i motocyklami, nad którymi przepływamy. Trochę to smutne, ale co krok widać ślady szabrowniczej działalności nurków „kolekcjonerów”: poobrywane lampy, dźwignie, przewody a nawet... powykręcane korki z akumulatorów. Szkoda, że nie wszyscy nurkowie potrafią okazywać szacunek podwodnym pomnikom.
Czas pod wodą szybko mija. Rzut oka na manometr przywraca mnie do rzeczywistości. Pora wracać. Wypływam na zewnątrz przez kolejny luk. Szybuję w stronę cumy naszego okrętu sycąc po drodze oczy ostatnimi widokami wraku. Jeszcze nie straciłem go z oczu a już wiem: Będę musiał tu jeszcze powrócić!

 

powrót do fotogalerii