Z WIZYTĄ W RAJU - DAHAB...
| Kończy się powoli ostatni dzień nurkowy naszej wyprawy nad Morze Czerwone. Chmury piasku spod kół naszego jeepa wciska się do oczu. Pędzimy brzegiem morza wpatrzeni w nieziemski krajobraz poza nami: rudo-zielone góry wpadające wprost do szmaragdowego morza. Wszystko skąpane w świetle zachodzącego słońca. | ![]() |
![]() |
Mijamy grupę beduinów majestatycznie kołyszących się na swoich wolno sunących dromaderach. Machają przyjaźnie rękami na powitanie. Chwilami mamy wrażenie że zza skał wyłoni się Luke Skywalker lub sam mistrz Yoda... Zatraca się realność bycia na naszej planecie. Wyobraźnia rzuca nas na Marsa, a może jeszcze dalej...Wciągamy w nozdrza rozgrzany zapach piasków pustyni. Jesteśmy w Raju... Jesteśmy w Dahab... |
Allach Aqbar! Allach Aqbar!... Ze snu wyrywa mnie głos mułły, nawołującego mieszkańców Sharm El Sheikh do modlitwy. Słońce właśnie wstało ponad horyzontem. Leżę jeszcze przez chwilę w łóżku, rozmyślając o naszych ostatnich nurkowaniach: Tiran, Ras Mohammed, Thistlegorm... Dzisiaj postanawiam zafundować grupie odmianę: zabiorę ich na cały dzień do miejsca naprawdę magicznego – do Dahab.
| Pakuję sprzęt nurkowy do torby – wyjeżdżamy o siódmej trzydzieści, zaraz po śniadaniu. Dzień zapowiada się znakomicie: przestało wiać i jest znacznie cieplej niż wczoraj (przedwczoraj mieszkańcy Damaszku w Syrii zostali zasypani śniegiem! Temperatura w Sharm spadła o połowę, czyli do 12 stopni Celsjusza i wiał bardzo silny wiatr – oczywiście wcale nie zniechęciło nas to do nurkowania, zwłaszcza ze woda miała 26 stopni). | ![]() |
Ładujemy sprzęt na dach przysłanego po nas mikrobusa. Już sam wygląd naszego kierowcy-beduina zapowiada egzotyczne przygody. Po chwili, przyklejeni do szyb, pędzimy drogą, podziwiając widoki za oknami. Kolorowe góry wynurzają się z piachu: beż, zieleń, czerwień, czerń – wyglądają jak pomalowane ręką wielkiego artysty. Tu i ówdzie widać w dolinach łachy kwitnącej zielonej trawy i pasące się wielbłądy. Tak właśnie wygląda egipska zima... Mijamy kilka beduińskich osad z domostwami skleconymi z tego, co udało się ludziom znaleźć: kawałków blach, dykty, kilku cegieł... Droga staje się coraz bardziej kręta, jednak naszemu kierowcy najwyraźniej wcale to nie przeszkadza – ignorując zakręty, jedzie ze stałą prędkością ok. 120 km/godz. Po kilku wirażach mamy spocone z emocji dłonie i bolą nas nogi od naciskania niewidzialnych hamulców samochodu. W końcu pomiędzy górami zaczyna przebłyskiwać morze, zwiastując rychły koniec naszej ryzykanckiej podróży. Omijamy wojskową rogatkę. W dali rysują się cicho przyklejone do brzegu zatoki zabudowania Dahab. Górują nad nimi palmy i wieża niewielkiego meczetu. Przejeżdżamy przez główne skrzyżowanie w „centrum” miasta – dwie kilkudziesięciometrowe ulice z piaskową nawierzchnią, wzdłuż których przycupnęły zamknięte o tej porze sklepiki z pamiątkami dla turystów oraz rzeźnik, fryzjer, warzywniak i jedyny „supermarket”, czyli mały sklep spożywczy. Podjeżdżamy pod naszą bazę nurkową: Planet Divers. W drzwiach, z uśmiechem na ustach, wita nas Piotr Paszek –właściciel bazy – Czech polskiego pochodzenia.
Niewiele do tej pory spotkałem baz, gdzie od pierwszego wejścia można poczuć się jak u siebie. Domowa, miła atmosfera i super obsługa. Nieważne czy jesteś nurkowym „guru”, czy też żółtodziobem, który dopiero co ukończył kurs – traktowany jesteś z równą uwagą i starannością. Od razu widać, że ludzi pracujących w bazie łączy z nami nie tylko bussines, ale przede wszystkim wspólna pasja: nurkowanie. Szybko załatwiamy niezbędne formalności. Wokoło słychać nasz rodzinny język – przyjechała spora grupa nurków z Polski; polskojęzyczni są także pracujący u Piotra divemasterzy. Właściciel oprowadza nas po „kuchni”. Sprzęt, wyposażenie i organizacja bazy robią wrażenie. Oprócz samego nurkowania, poprzez bazę można bez problemu załatwić hotel lub transport z lotniska w Sharm.
Sympatyczna Janka bierze pod opiekę naszych dwóch świeżo upieczonych nurków i pomaga dopasować im sprzęt w wypożyczalni. Reszta grupy zajmuje się skompletowaniem balastu. Korzystając z wolnej chwili, ustalam z Piotrem i naszymi przydziałowymi divemasterami plan dnia.
| Przed bazą czekają już na nas dwa jeepy oraz mały pick-up załadowany butlami i sprzętem. Ruszamy! Dotychczas większość z nas na nurkowania jeździła klimatyzowanym autobusem lub pływała łodzią. Tym razem nasza przygoda przybiera postać małego Camel Trophy! Przejeżdżamy przez pięćdziesięciometrową wyrwę w zabudowaniach obok bazy. | ![]() |
Rok temu spadła tutaj potężna ulewa. Lawina błota i kamieni zmiotła do morza kilka budynków (w tym bazę nurkową i sklep jubilerski), przecinając Dahab na dwie części. Wyjeżdżamy na drogę prowadzącą na północ. Po obu stronach drogi, wśród chatek i palm, spacerują kozy i wielbłądy. W piasku bawią się beduińskie dzieci. Na rogatkach miasta mijamy usytuowany wśród skał posterunek policji. Pędzimy teraz po piaszczystej nawierzchni wzdłuż plaży. Kierowcy bawią się w wyścigi, zygzakując samochodami po całej szerokości drogi. Nie jest to tylko przejaw ich ułańskiej fantazji – zapobiegają w ten sposób tworzeniu się poprzecznych garbów na drodze, wybijanych przez amortyzatory. Raz po raz widzimy na brzegu grupy nurków, przygotowujące się do zejścia pod wodę. Surowy krajobraz szpecą budowane (na szczęście w wolnym egipskim tempie) kompleksy hotelowe. Ze smutkiem myślę, że za parę lat cała dzika uroda tego miejsca może zniknąć, stłamszona betonem jeszcze jednego papkowatego kurortu dla bogatych turystów.
Góry wchodzą niemal do samego morza, pozostawiając czasami jedynie wąski przesmyk dla naszych pojazdów. Docieramy nad Canyon – miejsce naszego pierwszego nurkowania. Szybko składamy sprzęt. Rozłożone przez Krisa i Hamadę maty zabezpieczają ekwipunek przed wszechobecnym piaskiem. Robimy odprawę. Pod wodą dzielimy się na trzy grupy: Kinga i Ryszard – nowi w nurkowym bractwie, popłyną z Krisem oglądać ogrody koralowe oraz zobaczyć kanion z góry. Eryk, Sławek, Piotr, Marek, Jakub i Rudi pod wodzą Hamady oraz Aga, Robert, Michał i ja w roli przewodnika – popłyniemy w dwóch grupach zwiedzać kanion od środka.
Wchodzimy do wody. Jest przyjemnie ciepło i bezwietrznie. Silny odpływ sprawia, że mamy do pokonania kilka metrów płycizny więcej. Po osiągnięciu piaszczystej laguny zakładamy płetwy i płyniemy na fajkach, oszczędzając powietrze w butlach. Z lewej strony, pod wodą pokazuje się charakterystycznie pochylona bryła rafy. Zanurzamy się. Ogarnia nas cisza mącona jedynie szumem bąbli naszych automatów oddechowych. Z błękitu wyłania się szczelina w rafie, „oddychająca” tysiącami ulatujących w górę niteczek drobnych bąbelków powietrza – spadek po wcześniejszej grupie nurków, która penetrowała wnętrze. Przepiękny widok. Chwilami mam wrażenie że obserwuję pękniętą skorupę ziemską z ulatniającymi się gazami wulkanicznymi. Wpływam do środka, a w ślad za mną podąża moja grupa.
![]() |
Opadamy na piaszczyste dno. W górze, ponad nami, przez ażurowe sklepienie wpadają snopy błękitnego światła. W jednym z otworów kłębi się cała gromada narybku „pilnowana” przez dwie nastroszone skrzydlice. Urzeka nas surowe piękno tej podmorskiej groty. Robimy miejsce drugiej ekipie, która będzie penetrowała kanion w stronę wyjścia na 15 metrach. Schodzimy głębiej. Robi się mroczno i tajemniczo. Serca zaczynają bić szybciej. W dole, przed nami, majaczy wyjście. Postanawiam jednak pozostać z grupą wewnątrz rozpadliny, aby w trakcie wynurzania obejrzeć jej drugą, płytszą część |
W miarę poruszania się w górę przybywa światła i wrażeń. Kanion zaciska się w wąskie gardło, by zaraz otworzyć przed nami sporych rozmiarów komorę. Jego dno raz kładzie się płasko piaszczystą łachą, raz staje dęba nawisem skalnym.
| Naszą uwagę przykuwają „magiczne sufity” – stropy kanionu porozdzierane światłem, migocącym na wydychanych przez nas bąblach powietrza. W ostatniej, najpłytszej komorze wpływamy w olbrzymie stado szklanych rybek, wypełniających prawie całą wolną przestrzeń. Świat wkoło nas zaczyna błyszczeć. Rybki wykonują błyskawiczne i jednoczesne zwroty, jakby były połączone ze sobą niewidzialnymi nićmi. | ![]() |
Wyciągam rękę. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w masie rybek tworzy się półmetrowej średnicy dziura, przez którą widzę zawieszonego w toni Roberta. Niewielki otwór w rafie pozwala nam wypłynąć na zewnątrz. Mamy jeszcze trochę powietrza i czasu, ruszamy więc na zwiedzanie koralowych ogrodów. Pstrykamy zdjęcia.
![]() |
Robert znajduje kolejną przyczajoną skorpenę. Jak on to robi?! Wisimy jeszcze przepisowe 3 minuty na pięciu metrach i płyniemy w stronę laguny. Na brzegu witają nas uśmiechnięte twarze reszty grupy. Nawet nie muszę pytać czy im się podobało, widać to od razu po błyszczących oczach. No i oczywiście słychać – wszyscy gadają jak najęci. |
Przebieramy się i pakujemy sprzęt na samochody. Wyruszamy w stronę Blue Hole. Droga staje się coraz bardziej dzika. Jeepy tańczą na wybojach, wspinając się na skalne pagórki. W pewnym momencie skręcamy prosto na skalną ścianę! Odruchowo kulimy się na siedzeniach, a samochody przeciskają się przez szczelinę niewiele szerszą od nich. Uff! Taka jazda robi wrażenie!
| Przed nami, na powierzchni przybrzeżnej wody, widać już „granatową plamę”. Jesteśmy w Blue Hole – miejscu magicznym i tajemniczym, ale owianym złą sławą z powodu licznych tutaj wypadków nurkowych. Sześćdziesięciometrowej średnicy podwodna „studnia” o pionowo opadających ścianach, kusi śmiałków do zmierzenia się z jej stumetrową głębią. | ![]() |
Dodatkowym wyzwaniem jest znajdujący się na 60. metrach łuk, którym można wypłynąć z Blue Hole na zewnątrz, w stronę otwartego morza. To właśnie ten łuk oraz kusząca głębokość studni są głównymi przyczynami stale rosnącej liczby pamiątkowych tabliczek na brzegu, poświęconych pamięci nierozważnych nurków. Jedna z tabliczek jest niestety w języku polskim: rok temu, podczas próby bicia rekordu Polski, zginął tutaj jeden z naszych najbardziej znanych nurków technicznych – Krzysztof Benducki.
Siedząc na rozłożonych nad brzegiem morza poduchach, łapiemy promyki słońca i czekamy na zamówiony lunch.
| Wskakuję do wody. Wypuszczam całe powietrze z jacketu i szybuję głową w dół. Czerwone ściany po obu stronach zaczynają przesuwać się coraz szybciej. Niezła jazda! Pompuję jacket, aby wytracić prędkość przed łukiem. Przepływam pod nim wyginając się w pałąk – nie chcę zaryć w piach poniżej.; potem odpływam na bok, robiąc miejsce pozostałym członkom ekipy. | ![]() |
Ruszamy w stronę Blue Hole, podziwiając piękną, ale i trochę groźnie wyglądającą w tym oświetleniu, przewieszoną ponad nami ścianę rafy. W dole rozpościera się kusząca swoją tajemnicą granatowo-czarna pustka. Musimy bardzo uważać, by nie ulec jej pokusie. Powoli zbliżamy się do Blue Hole. Płyniemy dość płytko. Zewsząd otaczają nas stada czerwonych okonków rafowych. Wpływamy przez siodło w rafie do wnętrza studni i fundujemy sobie okrężną drogę wokół jej krawędzi. Trzeba przyznać, że jest to naprawdę niesamowita formacja rafowa... Zerkamy w toń, w nadziei na ujrzenie jakiegoś większego zwierzaka. Nurkujący tutaj ostatnio Piotr, spotkał bardzo ciekawskiego żółwia, który nie tylko że podpłynął do niego całkiem blisko, ale jeszcze wdał się w zabawę, skubiąc go za kamerę i węże octopusa. Niestety, nie mamy tyle szczęścia – morze spokojnie dawkuje nam wrażenia. Zdaje się mówić: „nie wszystko naraz, panowie i panie!”
![]() |
Kiedy wychodzimy z wody, zaczyna już zmierzchać, więc ekwipunek pakujemy w iście ekspresowym tempie. Czekają nas jeszcze nie lada atrakcje: kolacja w osławionych „peleszarniach” oraz zakupy na bazarze. |
W bazie zdajemy pożyczony sprzęt i ołów. Wbijamy pamiątkowe pieczątki do książeczek nurkowych. Korzystamy również z gościnnego „kącika”, zostawiając ekwipunek pod opieką pracowników bazy. Przed uroczystą kolacją (skończył się właśnie ostatni dzień nurkowy naszej wyprawy) ruszamy na zakupy. Odwiedzam dobrze mi już znane sklepiki. To miłe – mimo, że przewala się tędy setki, a może tysiące ludzi w roku – sprzedawcy mnie rozpoznają! Robię zakupy: jakiś drobiazg u jubilera dla żony, tytoń jabłkowy do shiszy, węgielki, kilka płyt z muzyką suffi i bębnami, flakonik perfum. Zakupy w Egipcie to rytuał – nie da się tak po prostu wejść, wybrać i kupić; uświęcony tradycją zwyczaj każe porozmawiać, czasami wypić herbatkę, no i oczywiście targować się, targować...
Po zbiórce przed bazą, ruszamy na kolację. Na północ, za popowodziową wyrwą, ciągnie się nad brzegiem zatoczki cały szereg jedynych w swoim rodzaju restauracyjek: siedzi się wpół leżąc na poduszkach rozłożonych na dywanach wokół małych stoliczków. Restauracyjki podzielone są na małe boksy – w każdym z nich mieści się do kilkunastu osób. W przejściach pomiędzy nimi palą się aromatyczne kadzidełka oraz malutkie ogniska, rzucające na gości złote refleksy światła. Nad głowami szumią wykonane z liści palmowych daszki, przez które prześwitują gwiazdy. Całości dopełnia cicha muzyka z uspokajającym „oddechem” morza w tle.
Wybieram restauracyjkę „Friends” – moim zdaniem najlepszą. Równie dobra jest restauracja „Sharks” (zwłaszcza dla głodomorów – porcje jedzenia są po prostu olbrzymie), w zimie jest ona jednak zamknięta. Lokujemy się na poduchach. „Marek, co tu jest smaczne? Co zamówić?” – pyta Kuba. Śmiejąc się, odpowiadam zgodnie z prawdą: „Wszystko!” Bierzemy do rąk menu i zaczynamy ucztę. Na pierwszy ogień idą oczywiście napoje: soki z lemonek (lemon juice) i truskawek(strowberry juice), special coffee (z cynamonem, mlekiem i czekoladą), herbata oraz cola. Opanowujemy barek sałatkowy (dla klientów zamawiających posiłek – sałatki gratis). Zagryzamy wyśmienitymi grzankami z chleba czosnkowego. Przychodzi czas na danie główne: owoce morza, ryby, miksy grillowe (kilka rodzajów mięs, do tego ryż i zielenina), zapiekane ziemniaki po hiszpańsku, pizze... – nie mogę się nadziwić, gdzie się to wszystko w nas mieści! Dania są przepyszne, a w dodatku bardzo efektownie podane: na każdym talerzu, w łupinie cebuli płonie mała świeczuszka. Lenistwo i błogość obżarstwa ogarnia wszystkich bez wyjątku. Rozmawiamy, słuchamy muzyki. Najbardziej zmęczeni drzemią sobie w najlepsze – to tutaj normalne (nieraz moje kolacje kończyły się prawie o wschodzie słońca!). Zamawiamy desery: sachlab (budyń waniliowy na ciepło z kokosem, orzechami i innymi bakaliami), lody, puchary owocowe. Bierzemy również shiszę – fajkę wodną. Mimo że jestem absolutnym wrogiem palenia – tej przyjemności nie mogę sobie odmówić. Łagodny dym brzoskwiniowego tytoniu roztacza wkoło wonny aromat. Fajka krąży wśród ekipy niczym prawdziwa fajka pokoju. Przefiltrowany przez wodę dym jest tak delikatny, ze na spróbowanie daje się namówić nawet nasza, niechętna takim eksperymentom, koleżanka.
Zjawia się miły gość: Piotr. Wpadł, aby trochę z nami pogadać, a przy okazji opowiedzieć nam o powstaniu Dahab. Okazuje się, że w miejscu, gdzie siedzimy, była kiedyś piękna piaszczysta plaża. Schodzący z gór beduini zaopatrywali się tutaj w ryby. Uroki tego miejsca odkryli również przebywający na przepustkach żołnierze izraelscy, a po nich hipisi i wszelkiej maści amatorzy-włóczędzy. Z czasem beduini zaczęli przygotowywać dla wszystkich chętnych posiłki i miejsca do spania (lekkie domki wyplatane z liści palmowych), oraz zaopatrywać wędrowców w hodowaną w górach trawkę, która służyła nie tylko do palenia, ale także jako uniwersalna „przyprawa” do każdego posiłku: od ciasteczek po pieczonego kurczaka ... I choć dzisiaj już się jej nie stosuje, nastrój błogiego spokoju, luzu i wyciszenia pozostał w Dahab do tej pory, działając na zszarpane nerwy przyjezdnych niczym prawdziwy balsam.
Z żalem opuszczamy to miejsce, wsiadając o północy do naszego busika. Wszyscy myślimy o tym samym: jutro wylatujemy do kraju, ale wkrótce i tak tu wrócimy! Do zobaczenia Dahab!
Artykuł
dedykuję Michałowi i Piotrowi,
którzy
parę lat temu „zarazili” mnie magią tego miejsca.